DIY

Co robię, kiedy nie bloguję? Maluję i tworzę!

Czasem bywa tak, że długi czas nie piszę. Co robię, kiedy nie bloguję? Zajmuję się tym, co jest moim zamiłowaniem od zawsze, czyli maluję. Tutaj akurat zrobiłam portret ślubny wujka i cioci ze starej fotografii. Ciocia odeszła prawie 10 lat temu, ale pamięć pozostała. Dlatego czasem jedyne wolne weekendy poświęcam właśnie na tego typu zajęcia. Na coś, co ma większą wartość, co jest ponad mnie.

Malarstwo pochłania sporą ilość czasu, więc poza pracą, czasu na blogowanie zostaje czasem niewiele (z góry wybaczcie – po prostu zwykłe życie śmiertelnika).

Tutaj można zerknąć na moje prace, jeśli ktoś ciekaw, co tworzę. Przy tej okazji proszę o polubienia, by to co robię mogło dotrzeć do jak największej liczby odbiorców 🙂

Kilka słów o mojej drodze jako artysty

Kiedy byłam mała, po prostu samo z siebie ciągnęło mnie do kredek, długopisów, flamastrów, plasteliny. W domu było dużo papieru, ale myślę, że zaczynałam od… ściany. Ku rozpaczy rodziców, ale chyba szybko się przyzwyczaili. Miałam mnóstwo energii, pomysłów, właściwie prawie ciągle coś rysowałam.

Pamiętam jak dziś, że bazgrając po moim albumie ze chrztu, chciałam narysować tam baranka. Nie bardzo mi to wychodziło, miało jedynie zarys rogów, oczu, kształtu tułowia. Miałam 3-4 latka. Jednak już wtedy wiedziałam, że kiedyś uda mi się go narysować. Nie wiem dotąd, skąd w dziecku tyle wiary w siebie. Że czułam, że jest to jakby chwilowa niedyspozycja mojej ręki, że jestem jeszcze za mała, by to dokładnie narysować, ale kiedy podrosnę, to się to na pewno uda.

To skłania do przemyśleń. Skąd w dziecku czasem więcej tej wiary w przyszłość, niż w człowieku dorosłym w pełni sił i możliwości, świadomym i rozumnym świata? Może warto czasem jak to dziecko patrzeć jasno w przyszłość z wiarą właśnie, że się UDA. Że wszystko będzie dobrze, jeśli postaramy się trochę bardziej. Że może takie dziecko miało nawet większą świadomość, CZEGO CHCE. Że ma cel, do którego dąży.

Wiele lat później, kiedy zdecydowałam się zdawać do Liceum Plastycznego, nie wiedziałam, czy mnie przyjmą. Właściwie to mogłam nawet poddać się, ale jakoś nawet nie przyszło mi to do głowy. Miałam świadomość, że jeśli nie spróbuję, to właściwie nigdy się nie dowiem, co by było gdybym nie poszła za głosem serca.

Później jakaś siła, bo nie mogę tego nazwać inaczej, popchnęła mnie na Akademię Sztuk Pięknych. Mówię “siła”, ponieważ wiązało się to z dużym wysiłkiem przygotowania prac, samych egzaminów, które trwały tydzień i w międzyczasie okresu oczekiwania i napięcia.

Na samych studiach miałam spory kryzys twórczy, narzuciłam sobie jakieś nierealne wymagania, że każda praca musi być dziełem sztuki, że nie ma sensu tworzyć czegoś średniego, czegoś co może nie wyjść. To w dużej mierze zablokowało mnie na jakiś czas.

Jak tworzę teraz?

Od kilku lat, właściwie to odkąd nie jestem na studiach, zaczęłam znowu tworzyć. Bez presji, prosto z serca, może prawdziwiej, że jedna praca wyjdzie bardziej, a druga będzie tylko przeciętna. Ale czyż wielcy mistrzowie nie mają takich mniej znanych prac? Czy oni swoich prac nie poprawiali, nie przemalowywali?

Kiedyś, będąc na terapii, dowiedziałam się, że czasem 80% jest ok. Że czasem warto sobie odpuścić trochę i zobaczyć, co się stanie. Czasem lepiej zrobić na 80%, ale ZROBIĆ, niż zrobić fragment na 100%, ale tego nie dokończyć.

Mam teraz taki okres w życiu, kończenia pewnych projektów. Realizowania tych, które kiedyś “chciałam, ale odkładałam” na potem.

 

Jakie Wy macie rzeczy, które zawsze chcieliście, ale odkładacie? Czy żyjecie w teraźniejszości, czy w wiecznym jutro i kiedyś?

 

Tym optymistycznym akcentem wyszedł post, którego wcale się nie spodziewałam.

Trzymajcie się cieplutko i komentujcie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *